Ile mnie obchodzi 1 i 17 września 1939?

Tyle, że było. Nie czuję najmniejszej potrzeby manifestacji czegokolwiek w kolejne rocznice. II WS jest jedynie ostrzeżeniem przed ludzkim barbarzyństwem, lekcją, że lepsze dziesięć lat negocjacji niż kilka tygodni wojny. Jest nauczką, by nigdy do władzy nie dopuszczać populistów z prostymi receptami na jednostkowe i społeczne szczęście.


Ile mnie obchodzi zbrodnia katyńska?

Tyle, że była. Jest pamięcią o zdolności człowieka do niebywałych zbrodni, tak jak i Oświęcim, eksterminacje i pacyfikacje, Hiroszima i Drezno.


Ile mnie obchodzi 22 lipca 1944?

Ano, stało się. PRL był mi Ojczyzną. Tam się urodziłem, wychowałem, zdobyłem wykształcenie, wstąpiłem w dorosłość. I cieszę się, że tamtego kraju już nie ma. Mogę swobodnie realizować swoje zachcianki i nie mam zamiaru rozpamiętywać tamtych czasów, gdyż nigdy nie płaczę nad rozlanym mlekiem.


Ile mnie obchodzi 13 grudnia 1981?

Tyle, że był. Już po dziesięciu sekundach po podpisaniu porozumień sierpniowych było wiadomo, że to wielka dooooopa jest. Tam nie trzeba było „porozumień” tylko zmiany systemu. A jeżeli ktoś wtedy myślał (czy dzisiaj myśli), że Polska w roku osiemdziesiątym może ot tak sobie opuścić blok sowiecki, ten był (jest dzisiaj) durnym ignorantem bez wyobraźni. Tamten czas to kwadratura koła była. To był węzeł gordyjski, nie do rozplątania, tylko do przecięcia. Nic nie było więcej do ugrania niż „Budapeszt 56”. Stan wojenny przyjęły z ulgą wszystkie kraje z każdej strony Żelaznej Kurtyny. Dziesięć lat później Kurtyna opadła bez rozlewu krwi.


A co mnie bardzo obchodzi?

By już nigdy Polacy nie mieli 1 i 17 września, gehenny wojennej i katyńskich ofiar, totalitarnej władzy i stanów wojennych. By każdy Polak mógł się samorealizować, a ci którym się z takich czy innych powodów nie powiodło, mieli zapewnioną opiekę socjalną.

By Europa stała się wielką Ojczyzną wszystkich Europejczyków. Raju oczywiście się nikt nie spodziewa, ale lepszy byle jaki pokój i współpraca niż zgliszcza i cierpienia.

 

Mr. Spock